Przejdź do treści

Z archiwum Lektury Obowiązkowej Tekst z 2015 roku. Dziś napisałbym go inaczej. Może.

Poprawiłem tylko literówki

Manuskrypt Voynicha – najbardziej zagadkowa książka świata

Manuskrypt Voynicha to jedna z tych książek, które są wielką tajemnicą. Czy Manuskrypt Voynicha to prawdziwa książka czy zręczna mistyfikacja?

Marcin Tomaszewski · · 8 min

Są takie rzeczy na tym i pewnie też tamtym oraz kilku ościennych światach, które nie śniły się filozofom i fizjonomom. Pośladki Kim Kardashian, utwory Gangu Albanii czy książki, które ktoś napisał, ale nie za bardzo wiadomo po co. Ponad rok temu wśród najdziwniejszych książek świata, których nigdy nie przeczytacie wspomniałem o Manuskrypcie Voynicha. Książce tak tajemniczej i pokręconej, że pewnie sam autor drapał się po głowie, gdy w końcu zobaczył skończone dzieło.

Czym do cholery jest Voynich?

Ilustracja: Michał Wojnicz/Fot. Domena Publiczna

Brzmi jak… nie wiem, jak brzmi. Skończyły mi się błyskotliwe porównania, dlatego rzucę prosto z mostu. Voynich to nie jest coś, a ktoś i absolutnie nie jest to autor, który przedawkował jarmuż, a następnie zabrał się za pisanie i rysowanie. Wilfried Michael Voynich, a właściwie Michał Wojnicz, to „tylko” odkrywca manuskryptu, a może nie tyle odkrywca, a ten, który pokazał go światu. Prawdziwy człowiek orkiestra, bo zarówno chemik, farmaceuta, jak i rewolucjonista, a w wolnych chwilach bibliofil i antykwariusz. Podczas jednej z podróży po Europie w 1912 roku trafił do Willi Mondragone we Frascati niedaleko Rzymu. Aktualnie jest tam filia Uniwersytetu Rzymskiego Tor Vergata, ale gdy przybył do niej Michał mieszkali tam jezuici. Jak uczy nas historia Towarzystwo Jezusowe lub jak kto woli „papieska armia”, to interesująca organizacja, która pewnie wie o rzeczach, przy których Manuskrypt Voynicha to małe miki. Nie brnijmy jednak w domysły na temat ich stanu posiadania i zajmijmy się faktami, a te jasno mówią o tym, że jezuici sprzedali manuskrypt naszemu rodakowi. Ten jak na wytrawnego kolekcjonera przystało od razu wiedział z czym ma do czynienia. To znaczy w sumie nie wiedział, bo tak naprawdę przez dziesiątki lat nikt nie wie, czym jest ten manuskrypt. I to jest najbardziej intrygujące. Jezuici na przykład sądzili, że to zielnik, ale nie mogąc go odszyfrować sprzedali go bez żalu, bo przecież taka księga nie jest im do niczego potrzebna.

Kto jest autorem manuskrytpu? Potencjalnych autorów jest wielu. Najbardziej popularna teoria, którą forsował sam właściciel manuskryptu, głosi, że napisał go Roger Bacon – franciszkanin i filozof. Inna mówi, że napisał go Jakub Hořčický z Tepenec, bo jego imię i nazwisko znajduje się na pierwszej stronie, ale odczytać je można tylko za pomocą specjalnych środków chemicznych, bo zostało usunięte. Problem w tym, że jego pismo nie pokrywa się z tym znalezionym w manuskrypcie. Oprócz nich autorstwo przypisywano również: Anthony'emu Aschamowi (angielski pisarz), Antonio Averlino (architekt z Włoch) i Cornelius Drebbel (alchemik cesarza Rudofla II). Mówiąc krótko nikt nic nie wie.

Co takiego kupił Wojnicz? Wolumen, który według badań przeprowadzonych w latach 2009–2011 przez specjalistów z Uniwersytetu Arizony, pochodzi z początku XV wieku. Kiedy ją kupował niektórych z 272 stron brakowało, choć łączna liczba stron, które zawiera Manuskrypt Wojnicza jest ciężka do ustalenia. Z dwóch powodów. Pierwszym jest brak wiedzy na temat tego, ilu faktycznie stron brakuje. Drugim to, że numeracja stron najpewniej była zmieniana. Księga podzielona jest na sześć części, które badacze ochrzcili odpowiednimi nazwami nawiązującymi do rysunków, które tam znajdziemy:

  • Zielarską – z ilustracjami przedstawiającymi, o zgrozo!, rośliny oraz tekst. Nie wiadomo jednak, jakie konkretnie rośliny są tam namalowane poza kilkoma wyjątkami.
  • Astronomiczną – tu znajdziecie diagramy, nagie kobiety trzymające gwiazdy, rysunki gwiazdozbiorów i tym podobne cuda, których nie potrafią opisać astronomowie choć znowu pojawia się kilka wyjątków.
  • Biologiczną – tekst opatrzony od czasu do czasu ilustracjami. Znowu z nagimi kobietami, które tym razem nie trzymają gwiazd, ale kąpią się w kałużach i dziwnych pojemnikach.
  • Kosmologiczną – jeszcze więcej diagramów. Dziwnych rysunków i coś, co przypomina wulkan. BO CZEMU NIE?
  • Farmaceutyczną – znowu rysunki roślin, słoików, sporo opisów.
  • Przypisy – tekst w punktach. Z gwiazdkami i kwiatkami.

Ilustracja: Tak, to się rozkłada/Fot. Domena publiczna

Oczywiście konia z rzędem temu, kto odpowie jednoznacznie, czy taki podział faktycznie oddaje zawartość księgi. Nie wiadomo nawet, czy pomimo tego, że znajdował się w Europie na pewno powstał na naszym kontynencie. Jedna z teorii głosi bowiem, że jego „ojczyzną” jest Meksyk. Ten pomysł był związany z sugestią, że język, w którym zapisano Manuskrypt jest podobny do języka nahuatl, czyli głównego języka Azteków. Podobieństwa zauważył botanik Arthur Tucker, który przeglądając księgę stwierdził, że rośliny, które się w niej pojawiają przypominają te, które można znaleźć na ilustracjach roślin z XVI wieku pochodzących z Meksyku.

Przez przypadek trafiłem na Manuskrypt Voynicha i to był moment jak u Homera Simpsona [słynne D'oh! – przyp. Marcin]. Oczywiście to się pokrywa z innymi badaniami i ilustracjami z XVI wieku z Meksyku.

Nie wiadomo jednak czy nie jest to zwykły przypadek, czy może po prostu celowy zabieg w tej piętrowej manipulacji jaką może być księga. Podobnych niedomówień i przypuszczeń, jak wspomniana pierwotna liczba stron, jest więcej, bo faktów na temat tej księgi jest zdecydowanie mniej niż domysłów. Nowy właściciel pierwszy raz publicznie pokazał księgę w 1915 roku. Od tej pory kolejne zastępy kryptografów czy zwykłych pasjonatów starają się dowiedzieć, co jest zapisane w tej księdze. Jak na razie nikomu nie udało się odnaleźć klucza, za pomocą którego zaszyfrowano tekst. Ba, jest tylko kilka osób, które twierdzą, że udało im się odszyfrować znaczenie choćby jednego ze słów. To spowodowało, że co jakiś czas pojawiają się teorie o tym, że Manuskrypt Voynicha jest tylko zręczną mistyfikacją. To jednak nie jest najbardziej szalona teoria jak wiąże się z tymi setkami stron. Gdyby tak było, to byłoby nudno.

Język aniołów

O ile przeznaczenie księgi można wysnuć z mniejszym lub większym prawdopodobieństwem bazując na rysunkach jakie się w nim pojawiają, o tyle ciągle nie ustalono, jakiego języka autor lub autorzy – bo i taka teoria funkcjonuje – użyli, aby wszystko spisać. Mi najbardziej podobają się trzy:

  • Że to język aniołów – oczami wyobraźni widzę, jak archanioł Michał podczas kolejnej wizyty na Ziemi nudzi się niemiłosiernie czekając na nowe zlecenie od Boga. Siedzi, macha nogami, bawi się mieczem, by w pewnej chwili krzyknąć: Już wiem! Machnę książkę! Nie wie o czym, ale niech się ludzie martwią. On przynajmniej ma co robić.
  • Że napisali go kosmici – jak mawia Mulder: The truth is out there!
  • Że to rodzaj eksperymentu filozoficznego – sam tekst nie jest napisany w obcym języku, a jego autorem jest autystyczny mnich, który spisywał to, co dyktowała mu podświadomość. Z tą jak wiecie się nie dyskutuje.

Te trzy powyższe są najbardziej szalone. Nie dziwię się jednak, że w ogóle powstały, bo nad próbą odczytania tekstu spędzały sporo czasu naprawdę tęgie głowy i niestety nic z tego nie wyszło. Badacze są podzieleni, jeżeli chodzi o ustalenie tego z czym mamy do czynienia. Część z nich uważa, że tekst jest przykładem szyfru literowego, a pierwotny tekst, który autor lub autorzy starali się przed nami ukryć jest spisany w jednym języku europejskim. Patrząc logicznie na to, co wiemy na temat Manuskryptu Voynicha możemy przyjąć, że jest to najbardziej prawdopodobna koncepcja. Inną teorię miał William Newbold z Uniwersytetu Pensylwanii, jeden z pierwszych, którzy w ogóle zabrali się za dekodowanie. Stwierdził, że do spisania treści użyto techniki mikrograficznej. Krótko mówiąc, chodzi o to, że poszczególne litery składają się mikroskopijnych znaków, które widać tylko w odpowiednim powiększeniu. Dopiero te znaki mają stanowić klucz do odczytania treści. Niestety doszukiwał się ich w dokumencie, w którym jakość tuszu pozostawia wiele do życzenia.

Ilustracja: I kolejne ciekawe rysunki/Fot. Domena Publiczna

Wspominałem o języku aniołów, ale to nie jedyny język, jaki można według naukowców zobaczyć w tekście manuskryptu. Niektórzy utrzymywali, że spisany jest w jednym z języków wschodu. Wynika to z tego, że układ słów przypomina te, które można spotkać w językach wschodniej i środkowej części Azji. Niektórzy (głównie William F. Friedman oraz John Tiltman) z kolei sugerują, że to jakiś sztuczny język stworzony na potrzeby tej publikacji. O manuskrypcie znowu zrobiło się głośno w ubiegłym roku, gdy Stephen Bax, brytyjski językoznawca, przedstawił swoją teorię na ten temat. Według niego tekst jest tak stary, jak wskazują na to badania, a został spisany za pomocą języka, którym posługiwała się ograniczona liczba osób, która szukała sposobu na przekazywanie dalej zdobytej wiedzy. Bax sugerował, że:

Ta grupa mogła pochodzić z regionu blisko Europy.

Być może z rejonów Kaukazu albo Iranu. Według niego potencjalni autorzy wymarli. To co udało mu się ustalić to fakt, że język z jakiego korzystali jest w pewnym stopniu zbliżony do arabskiego i hebrajskiego. Udało mu się bowiem znaleźć słowa, która w obu wypadkach znaczą to samo. Idąc tym tropem starał się sprawdzać obecność kolejnych słów, które powtarzają się tekście i znanych nam językach. W ten sposób przetłumaczył kilka z nich i utwierdził się w przekonaniu, że dokument nie może być oszustwem. Brzmi wiarygodnie, a same wnioski Baxa cytowały media na całym świecie. Problem w tym, że tak szybko jak się pojawiły, tak szybko obalił je Nick Pelling, który zajmuje się badaniem metod kodowania starych tekstów. Według Pellinga metodologia przyjęta przez Baxa jest niewłaściwa, a same wyniki co najmniej śmieszne.

Bełkot?

Fakt, że nie potrafimy przez tyle lat odszyfrować znaczenia manuskryptu sprawia, że jeszcze więcej osób się nim interesuje. Choć niektóre, jak doktor Andreas Schinner, fizyk teoretyczny i ekspert w dziedzinie programowania z Uniwersytetu im. Johannesa Keplera, twierdzą, że badania nie mają żadnego sensu, bo to zwykły bełkot.

To bełkot. Statystyczne właściwości tekstu wskazują, że mamy do czynienia z żartem albo oszustwem.

Ilustracja: Dużo nagich kobiet naraz/Fot. Domena publiczna

Nie byłby to pierwszy przypadek zręcznej mistyfikacji, choć w tym wypadku nie wiemy, co miała na celu. Przecież sam Voynich mógł być tym, który sfałszował dokument tylko po to, aby zdobyć rozgłos. Problem w tym, że nie widzę w tym absolutnie żadnego sensu, bo po co miałby później siedzieć nad jego dekodowaniem? Dla utrzymania tajemnicy i rozgłosu? Ciężko powiedzieć, ale jednego jestem pewien. Pojawienie tej książki nawet pomimo tego, że wiemy o niej tyle, co nic miało znaczenie również dla popkultury. Nie ma w tym nic dziwnego skoro to fantastyczny wręcz temat na film czy jakiś porządny kawałek beletrystyki. Przez lata wykorzystywano motyw manuskryptu w literaturze jak na przykład w książkach, których bohaterem jest Indiana Jones, a później zaczął pojawiać się w telewizji i grach. Jeżeli oglądacie uważnie serial „Elementary” to zapewne zauważyliście, że w jednym z odcinków Sherlock wspomina, iż dla rozrywki w wolnych chwilach stara się rozgryźć księgę. Manuskrypt Voynicha pojawia się również w grach takich jak „Broken Sword – The Sleeping Dragon” czy „Assassin's Creed IV: Black Flag”, gdzie gracz zbiera jego strony odkrywając prawdę na jego temat. Zahaczył nawet o książki, których bohaterem jest Pan Samochodzik. W powieści „Pan Samochodzik i europejska przygoda” bohaterowie książki szukają jego drugiej części oraz dowiadują się o tym, że manuskrypt został odkodowany.

Takich odniesień jest więcej. Z kolei ja ciągle nie odpowiedziałem Wam na jedno pytanie. Do czego tak naprawdę mogła służyć ta książka, jeżeli przyjmiemy, że nie jest oszustwem. Według wspominanej już tu teorii najbliżej jest mu do jakiegoś tomu wykorzystywanego w medycynie, ewentualnie zielnika, bo na to wskazują liczne ilustracje z opisami. Być może ma w sobie jakieś informacje na temat alchemii, w końcu z tym kojarzą się rysunki w części nazywanej farmaceutyczną. Te probówki i rurki, które tam widać mogą nas naprowadzać na taką odpowiedź, ale wszystko inne zdaje się temu zaprzeczać. Jednym słowem znowu nic nie wiadomo, a my kończymy na domysłach. Wiele wskazuje na to, że tajemnic jakie skrywa nie uda się nam rozszyfrować aż do końca świata. Skoro poległy na nim najtęższe umysły zajmujące się szyframi, to w jaki inny sposób można poznać prawdę? Może patrzymy na niego z niewłaściwej strony? Może odpowiedź jest tuż przed naszym nosem? A może po prostu lepiej będzie, jak Manuskrypt Voynicha zostanie zakodowany. W końcu zagadka, którą udaje się rozwiązać przestaje być interesująca.

PS. W tym miejscu możecie obejrzeć poszczególne strony manuskryptu.

Sprawdź:


Co o tym myślisz?

Więcej do czytania