Przejdź do treści

Z archiwum Lektury Obowiązkowej Tekst z 2014 roku. Dziś napisałbym go inaczej. Może.

Poprawiłem tylko literówki

„Spread” – najbardziej odrażająca apokalipsa w historii

Spread to nowa seria komiksów wydawane przez Image Comics. Postapokaliptyczna wizja świata, w którym żaden człowiek nie jest bezpieczny.

Marcin Tomaszewski · · 4 min

Choć ostatnio głównie spędzam czas albo przy kolejnych odcinkach „Sagi” Vaughana i Staples, albo przy „Astonishing X-Men” Jossa Whedona (scenariusz) i Johna Cassadaya (rysunki) znalazłem czas na coś nowego. Tym czymś jest wydawana przez Image Comics seria „Spread”. Rzecz świeża i tak diabelnie dobra – przynajmniej po czterech odcinkach – że nie mogę się z Wami nie podzielić wrażeniami.

Nadzieja

O komiksie dowiedziałem się z filmu wrzuconego przez Łukasza na jego drugi kanał IHBD2 - jak nie subskrybujecie, to zmieńcie to. Naprawdę. Film możecie obejrzeć albo na YouTube, albo na blogu Łukasza, bo oprócz „Spread” jest tam jeszcze kilka innych komiksów, na które warto zwrócić uwagę. Moją zwróciła seria autorstwa Justina Jordana (scenariusz), Kyle'a Strahma (rysunki) i Felipe Sobreiro (kolory). Panowie proponują odrażającą wizję apokalipsy. Taką z plagą, która spokojnie sprawdziłaby się w horrorach Johna Carpentera. Choć musicie uważać, bo słowa apokalipsa używam tylko na podstawie domysłów. Wynika to z tego, że nie dostajemy jasnej odpowiedzi, czy problem bohaterów występuje na całym świecie. Zacznijmy jednak od początku.

Dla mnie to coś, co uderza mnie w same trzewia. – Justin Jordan o swoim komiksie

Jordan wpadł na pomysł stworzenia komiksu po tym, jak zobaczył kogoś, kto miał na twarzy namalowane realistycznie wyglądające oko. Body painting w tym wypadku był świetny i wszystko wyglądało, jakby to oko było w ustach wspomnianej osoby. Widok był przerażający i interesujący. I do takich widoków musicie się przyzwyczaić, gdy zaczniecie czytać „Spread”.

Ilustracja: Kadr z filmu „Coś”, gdybyście go nie znali

Głównym bohaterem komiksu jest No. Twardziel, który mało mówi, a jak się odzywa to jego imię pada wyjątkowo często. To bardzo dobra wiadomość dla czytelnika, bo mamy pewność, że swoich wrogów nie będzie chciał zagadać. Nie wiemy skąd jest, kim naprawę jest. Wiemy, że potrafi sobie poradzić w świecie dotkniętym zarazą. Spread - bo tak została nazwana – ma te same cechy, które charakteryzowały istotę znaną z „Coś” Carpentera. Jest zabójcze, wygląda groteskowo, a do tego potrafi przybierać ludzką postać. Mówiąc krótko jest to zabójca prawie doskonały. Sytuacja ludzi zmienia się, gdy pojawia się niemowlę, które może być wybawieniem dla rasy ludzkiej. Pytanie tylko, czy zasługujemy na wybawienie.

Matką

Ilustracja: Fragment 1. tomu – Image Comics

Więcej zdradzać nie będę. Jordan prowadzi nas przez prawdziwy festiwal obrzydliwości, który przy okazji jest zestawem klisz. To nic złego. Oprócz odniesień do „Coś” spotkacie wszystkie apokaliptyczne motywy jakie widzieliście już w serii filmów „Mad Max” – jedna z inspiracji dla stworzenia komiksu – i „Fallout”. Klimat komiksu przywodzi mi na myśl „30 Dni Nocy” Steve Nilesa (scenariusz) i Bena Templesmitha (rysunki). Bohaterowie wyglądają jak z sennego koszmaru. Pokręceni, zepsuci i źli. Choć w przeciwieństwie do Templesmitha, Strahm stawia na trochę bardziej kreskówkowy sznyt, który tylko dodaje komiksowy niepokojącego charakteru. Mężczyzna starający się uratować dziecko, to z kolei nawiązanie do mangi „Samotny wilk i szczenię” Kazuo Koike. Tam Ogami Itto oskarżony o przestępstwo, którego nie popełnił musi uciekać wraz ze swoim synkiem. U Jordana też kluczem jest ucieczka choć jej początek jest inny niż u Koike. Na uznanie zasługuje projekt szkarłatnej zarazy. Rysownik ma cały katalog z pasożytami czy dziwnymi owadami, które istnieją w rzeczywistości. Wszystkie te dziwy stanowią inspirację do stworzenia prawdziwych komiksowych potworów.

Jako dziecko oglądałem dużo kreskówek, miałem figurki i widziałem bohaterów z komiksów. Lubiłem „Pogromców Duchów” i „He-Mana”. Podobały mi się „Wojownicze Żółwie Ninja”, ale w większości zwracałem uwagę na zepsutych ludzi. W moim notatniku większość postaci miała młoty i piły w miejscu, gdzie powinny być ręce i nogi. - Strahm w jednym z wywiadów.

W pewnym sensie to całe zło, jakie oglądamy jestem w stanie zrozumieć. W końcu każdy w sytuacji skrajnej zagrożenia życia chce przede wszystkim przeżyć. I właśnie to słowo, przeżycie, jest w tym wypadku kluczowe. Bo „Spread” jak na razie oprócz bycia festiwalem przemocy i bardzo ciężkiego humoru jawi się jako historia o przetrwaniu. No jak wielu przed nim znalazł się w sytuacji, w której bierze odpowiedzialność za młode życie, które być może zostanie zbawcą ludzkości. Spotyka po drodze wszystko, co najgorsze. Psychopatów, gwałcicieli, złodziei, kanibali. Czego byście pewnie nie wymyślili, to w „Spread” już jest albo będzie. Po czterech numerach można powiedzieć, że znaleźliśmy się w bardzo ciemnym tunelu, w którym drogę oświetla nam mała dziewczynka.

Ilustracja: Fragment 1. tomu Spread

Głupców

Ilustracja: Mój ulubieniec

Jestem bardzo pozytywnie zaskoczony tym, jak rozwija się historia. Przemoc ma znamiona pornografii. Wszystko jest dosłowne. Nic nie zostaje oddane sferze domysłów. Każdy, nawet najmniejszy szczegół jest eksponowany i celebrowany. Na szczęście przedstawienie tych skrajności nie sprawia, że cierpi na tym fabuła. Powoli, metodycznie konstruowany jest świat, który intryguje. Pojawiają się pytania, które przy okazji każdej opowieści o apokalipsie muszą się pojawić. Co się tak naprawdę stało. Czy jest dla nas ratunek, czy gdzieś na świecie jest bezpiecznie i co dalej?

One wszystkie sprawiają, że chce się czytać dalej. Narracja jest równa, przemyślana i co najważniejsze przez dotychczasowe numery udało się utrzymać odpowiednią dynamikę historii omijając mielizny. Fani filmów klasy C i D będą zadowoleni. Dajcie się zarazić, bo ja jak na razie wpadłem po same uszy.

Powiązane

Co o tym myślisz?

Więcej do czytania