Przejdź do treści

Z archiwum Lektury Obowiązkowej Tekst z 2014 roku. Dziś napisałbym go inaczej. Może.

Poprawiłem tylko literówki

Wspominki, czyli o czym rozmawiałem z Jefferym Deaverem

Wywiad z Jeffery Deaverem. Rozmowa przeprowadzona przy okazji premiery książki „Rozbite okno”. Co Jeffery Deaver sądzi o pisaniu?

Marcin Tomaszewski · · 7 min

Przez ponad pięć lat pracowałem w serwisie Students.pl. Przez ten czas przeprowadziłem dziesiątki wywiadów, ale ten pierwszy w karierze był z nim. Jeffery Deaver. Mistrz thrillera. Choć brzmi to strasznie banalnie, to przez sentyment postanowiłem przypomnieć sobie ten wywiad publikując go tutaj. Przy okazji zachowam go przed zapomnieniem. Boże jakże inaczej mogłem tę rozmowę prowadzić…

Właśnie skończyłem czytać jedną z pana książek, pod tytułem „Puste krzesło”. Podczas lektury, swoją drogą bardzo przyjemnej, przyszło mi do głowy banalne pytanie. Co jest pana motywacją do tworzenia książek?

Jeffery Deaver: Nigdy nie byłem typem atlety. Jako młody chłopak dużo czytałem i zawsze miałem problem z jednym z elementów książki, jakim było zakończenie. Stwierdziłem, że jestem wstanie zrobić, to lepiej. Napisać lepsze zakończenie. Na początku pisałem małe rzeczy, które nie były zbyt dobre, ale stwierdziłem, że bawi mnie pisanie i tak chcę zarabiać na życie.

Z czasem zauważyłem, że taką samą radość, którą daje mi pisanie, mogę dawać czytelnikom pisząc dla nich. Nie chodzi o nauczanie czy zmianę postrzegania problemów społecznych przez zwykłego człowieka. Chodzi o dobrą zabawę. Rozrywkę, która odrywa ludzi od ich problemów.

No właśnie czy mimo wszystko nie ma pan poczucia misji?

Nie mam misji. Chodzi o emocjonalne zaangażowanie czytelnika w to, co czyta. Ernest Hemingway powiedział kiedyś, że jeśli masz coś do przekazania czytelnikom w swojej książce, jakąś wiadomość, nie rób tego, lepiej idź do Western Union (firma zajmująca się finansami i komunikacją – dop. red.). Oczywiście, jego książki traktują o bardzo ważnych rzeczach, jednak on nie starał się pisać tylko po, to by coś przekazać.

W przypadku mojej ostatniej książki pod tytułem „Rozbite okno”, czytelnicy znajdą tam kwestie naruszania prywatności, rasowe czy odwadze. Więc teoretycznie jest tam coś w rodzaju wiadomości dla nich samych. Jednak jest to czymś w rodzaju dodatku do rozrywki jaką jest czytanie.

Pozostając w temacie nowej książki. Skąd tytuł „Rozbite Okno”? Przyznam się szczerze, że mówi on niewiele na temat książki.

W USA przeprowadzono pewien eksperyment. W biednych dzielnicach, uważanych za niebezpieczne, poproszono mieszkańców o to, aby zadbali o swoje domy. Pomalowali je, naprawili dziury w oknach i wszystko inne co mogło by poprawić ich stan. Kiedy mieszkańcy to zrobili, wzięli dzielnicę w swoje ręce, okazało się, że przestępczość w tych dzielnicach spadła.

A skąd się wziął pomysł na jej fabułę?

Ogólnie traktuje ona o prywatności i o jej naruszaniu. Jest wyjątkowa, bo jako jedyna jest oparta na moich prywatnych doświadczeniach. Jakiś czas temu stałem się ofiarą kradzieży tożsamości co przysporzyło mi trochę problemów. I minęło sporo czasu, zanim udało mi się sprawę wyjaśnić. Informacje, które są zbierane na nasz temat są potężną bronią. I właśnie z takiej broni korzysta bohater „Rozbitego okna”. Wszystkie dane gdzieś trafiają, a skoro tak, ten kto ma do nich dostęp może być bardzo niebezpiecznym przeciwnikiem. Po prostu komuś udało się zdobyć informacje na mój temat i je wykorzystać.

Pana pierwsze książki nie są uważana za specjalnie udane. Czy myślał Pan kiedyś o tym, żeby porzucić pisanie?

Nigdy! Oczywiście martwiło mnie to, że książki nie były udane, jednak z pisaniem jest trochę jak z produkcją samochodów, nie ma w tym nic magicznego. Jeśli firma wypuszcza model, w którym coś jest nie tak, ludzie go nie kupują. Dlatego musi się zastanowić co zmienić, aby kolejny został kupiony. I tak właśnie podszedłem do problemu, zastanowiłem się co było nie tak z moimi pierwszymi książkami („Voo Doo” i „Always a Thief”) i starałem się to zmienić. Ale nigdy nie myślałem o tym, żeby przestać.

Jako, że pracuję dla Students.pl, czyli serwisu stworzonego z myślą głównie o studentach, nie mogę nie zapytać o pana studia. Wiem, że studiował pan dziennikarstwo na uniwersytecie Missouri. Dlaczego wybór padł właśnie na dziennikarstwo?

Tak jak powiedziałem wcześniej, zawsze chciałem być pisarzem. Mozart zaczął komponować bardzo wcześnie. Przypuszczam, że Jackson Pollock i Pablo Picasso, zaczęli wcześnie malować. Ja chciałem pisać, więc dla mnie naturalnym wyborem było dziennikarstwo. Nie znam zbyt wielu młodych pisarzy, którzy od razu piszą świetne książki. Do tego potrzeba doświadczenia, a żeby je zdobyć szukałem takich zawodów i studiów, które mogły mnie w potrzebne doświadczenie i umiejętności uzbroić.

Czy takim zdobywaniem doświadczenia była praca w kancelarii prawnej?

Dokładnie tak. Zacząłem pracę w kancelarii po pierwsze dlatego, że zawsze fascynowało mnie prawo i nadal tak jest. Dodatkowo, praca tam nauczyła mnie kilku przydatnych umiejętności takich jak zbieranie informacji. No i oczywiście gwarantowała dochód. Zarabiając w tej pracy pieniądze mogłem skupić się na pisaniu książek.

A jakie konkretnie umiejętności udało się panu tam zdobyć?

Pracowałem przeważnie przy sprawach korporacyjnych. Więc nie było tam zagadek kryminalnych w stylu CSI czy NCIS. Praca w kancelarii nauczyła mnie zbierania informacji. Każda sprawa wymagała wielkiej organizacji i planowania. To co widzimy na sali sądowej, to raptem 10% tego co w sprawie zostało zrobione.

Jest taka zasada, którą pewnie znają również prawnicy w Polsce. Prawnik nie może być zaskoczony tym co zastanie na sali sądowej. Musi dokładnie wiedzieć o wszystkim, co się wydarzy. Tak właśnie postępowałem w czasie pisania książek. Nie ja jako autor mam być zaskoczony. Zaskoczony ma zostać czytelnik.

Po to właśnie robi się kompletny szkic fabularny. A potrafię to robić głównie na podstawie doświadczeń wyniesionych z pracy w kancelarii. Przykładem mogą być moje ostatnie książki z Lincolnem Rhymem („Puste Krzesło” ”Rozbite okno ”). Zrobienie zarysu fabuły i zebranie potrzebnych do pisania informacji zajęło mi 8 miesięcy. Na przykład ostatnio skończyłem zarys fabuły nowej książki z Lincolnem Rhymem, która powinna pojawić się w Polsce mniej więcej za 1,5 roku.

Czyli pisanie jest trochę jak budowa domu, zaczyna się od szkicu?

Dokładnie od szkicu, cała praca przed pisaniem jest jednym wielkim szkicem.

A jak jest z zakończeniami, czytając pana książki często odnoszę wrażenie, że już wszystko wiem, kiedy okazuje się, że tak naprawdę nie jest to jeszcze koniec?

To moja ulubiona część pracy, kiedy już myślisz, że wszystko jest jasne okazuje się, że jest miejsce na kilka niespodzianek. To również wynika z opisanego przeze mnie wcześniej procesu pisania. Wszelkie możliwe niespodzianki, zakończenia są opracowane wcześniej, czego dobrym przykładem jest książka „The Bodies left behind” Uznaję to za mój znak firmowy, kiedy wszyscy myślą, że książka już się kończy nagle dochodzi do nieoczekiwanego zwrotu akcji.

To takie made by Jeffery Deaver?

Dokładnie, tak made by Jeffery Deaver, podoba mi się to określenie (śmiech).

Skoro była mowa o Lincolnie, to czy nie miał pan nigdy pomysłu, żeby przestać pisać o którymś ze swoich bohaterów?

Tu nie chodzi o mnie, chodzi o czytelników. Nigdy nie przestanę pisać książek na jego temat, chyba, że fani sobie tego zażyczą, stwierdzą, że mają go dosyć.

Dlaczego stworzył pan kogoś takiego jak Lincoln, przykutego do łóżka analityka?

Chodziło mi o odejście od bohatera w schemacie Bruce'a Willisa. On zawsze wygrywa z tym złym.

I ratuje świat.

Dokładnie i ratuje świat, mi chodziło o kogoś nowego świeżego. Ostatnio widziałem trzecią część Mission Impossible, gdzie Philip Seymour Hoffman bije Toma Cruisa. Spuszcza mu prawdziwy łomot, ale czy ktokolwiek pomyślał chociaż przez moment, że Cruise nie wstanie i nie pokona przestępcy. Przecież to jest takie nudne. Dlatego chodziło mi o kogoś, kto, żeby wygrać będzie mógł skorzystać z umysłu.

Zresztą bardzo często piszą do mnie kobiety i pytają czy Lincoln jest wzorowany na prawdziwej postaci, a jeśli tak, to czy jest wolny. To chyba dobrze świadczy o atrakcyjności postaci?

A, czy myślał pan kiedyś, żeby spróbować się w innym gatunku niż thriller?

Nie nigdy. Ja po prostu lubię pisać thrillery i dobrze mi to wychodzi. Moi fani oczekują thrillerów, więc nigdy się nie zastanawiałem się nad zmianą.

Nawiązując do fanów, korzysta pan z ich pomysłów?

Oczywiście przysyłają mi takowe, jednak USA, to kraj gdzie ludzie pozywają się nawzajem. Dlatego tego nie robię, bo ktoś może mnie pozwać za skorzystanie z jego pomysłu. W dziewięciu przypadkach na dziesięć ich koncepcje nie nadają się na thriller. Najczęściej tym fantastycznym pomysłem jest ich własne życie. Ludzie piszą i mówią, że mają ciekawe życie, które nadaje się na książkę. W rzeczywistości ich życie wcale nie jest takie ciekawe.

A na kim się pan wzoruje?

Mam kilku pisarzy, których lubię. Raymond Chandler, Agatha Christie, Arthur Conan Doyle, Edgar Rice Burroughs, Ray Bradbury. Lista całkiem pokaźna. Jeśli chodzi o wspomnianego Hemingwaya to nie podoba mi się jego styl. Z którego z resztą w USA często się żartuje. To był świetny pisarz, ale jednak jego styl do mnie nie trafia.

A czy są współcześni pisarze, których Jeffery Deaver ceni?

Jest kilku. Szczególnie włoscy autorzy tacy jak Gianrico Carofiglio, Andrea Camilleri czy Carlo Lucarelli. Również autorzy ze Skandynawii są niezwykle interesujący, żeby wspomnieć tu tylko o Henningu Mankellu.

Na koniec naszej rozmowy chciałbym zapytać o „Manuskrypt Chopina”. Kto wpadł na pomysł tego oryginalnego literackiego eksperymentu?

Nikt nie wpadł. To było na zasadzie, kto jest ochotnikiem do jego napisania. Wszyscy pisarze się zgodzili, a mi przypadła rola kontrolera całości. Oczywiście warunkiem było to, że będę mógł napisać pierwszy i ostatni rozdział.

Wszyscy autorzy, którzy książkę pisali, działają w organizacji skupiającej autorów thrillerów, której jednym z zadań jest wspieranie młodych pisarzy. Stwierdziliśmy, że to może być ciekawa inicjatywa i jednocześnie jak sam pan powiedział, eksperyment. Przyznam, że byliśmy trochę zdziwieni sukcesem Manuskryptu. Był on na tyle duży, że już pracujemy nad kontynuacją pod tytułem „Miedziana Bransoletka”. Tym razem niestety akcja nie zawita do Polski.

Deaver okazał się być naprawdę sympatycznym facetem, który nie miał problemu w nawiązywaniu kontaktów. Rozmowa z nim była jednym z lepszych momentów mojej dotychczasowej zawodowej kariery. Ciekawe, czy go jeszcze kiedyś spotkam…

Powiązane

Co o tym myślisz?

Więcej do czytania