3 rzeczy, które sprawią, że Arrow może być lepszym serialem
Po dwóch sezonach serialu Arrow wiem jedno, to ciągle nie jest serial, który trzeba zobaczyć. Co twórcy mogą poprawić przed 3. sezonem Arrow?
W końcu skończyłem oglądać Arrow i niestety po dwóch sezonach czuję zawód, że twórcy marnują potencjał postaci Green Arrowa. Za każdym razem jak czytam pochlebne recenzje na temat tego serialu odnoszę wrażenie, że osoby, które je piszą są dość mocno oderwane z jednej strony od świata komiksu, a z drugiej od podstaw realizowania solidnej ekranizacji. Zdaję sobie sprawę, że przygody Olivera Queena w tym momencie są najlepszym co jeżeli chodzi o seriale możemy oglądać, ale to nie jest powód do tego, aby traktować ten tytuł z jakąś taryfą ulgową.
Swoją przygodę z Arrow rozpocząłem tuż przed rozpoczęciem emisji 2. sezonu. Dużo na temat tego serialu czytałem, ba, nawet zdarzyło mi się o nim pisać, ale wtedy nie publikowałem jeszcze na blogu. Stwierdziłem, że nie będę go recenzował. Nie ma to najmniejszego sensu. Oceny możecie sobie sprawdzić na przykład w serwisie Metacritic - średnia 73 dla pierwszego sezonu to i tak rewelacja. Sam sezon według mnie mocno średni, a niektóre odcinki są tak kiepskie, że ich oglądanie wywołuje fizyczny ból. Zamiast tego mam trzy proste rady dla twórców tego serialu i liczę na to, że przynajmniej część z nich wykorzystają przy okazji 3. sezonu.
1. Dajcie nam jakichś prawdziwych aktorów
Umówmy się. Nie chcę, aby doszło do wymiany całego składu – to nie ma sensu. Wystarczy, że pojawią się bohaterowie, których da się oglądać. Potrzebna jest jakaś przeciwwaga dla ograniczonej zanikiem mięśni twarzy mimiki Stephena Amella – choć trzeba mu oddać, że resztę ciała ma taką, że klękajcie narody – nawet jak wisi do góry nogami.
Szkoda tylko, że klata nie zajmuje się wypowiadaniem kwestii. Tak naprawdę z całego panteonu postaci nie irytują David Ramsey jako John Diggle i Paul Blackthorne jako detektyw Quentin Lance. Reszta niestety sprawia, że zęby bolą. Szczególnie w drugim sezonie, gdy musimy oglądać dramę w postaci zakochanej siostry Arrowa granej przez Willę Holland. Ładna z niej dziewczyna, ale niestety za każdym razem jak pojawiała się na ekranie ze swoją zbolałą miną miałem ochotę chwycić za łuk i wpakować jej strzałę między oczy. Jemu zresztą też:

Jasnym punktem był Deathstroke. Manu Bennett choć został świetnie dobrany pod względem wyglądu, to przez cały sezon biegał jak poparzony krzycząc bez przerwy o zemście i za bardzo przypominał Kriksosa ze Spartakusa. Brakuje mi naprawdę charyzmatycznego czarnego charakteru. Kogoś, kto może pociągnąć cały serial. Kogoś dla kogo będę chciał go oglądać. Pytanie czy jakiś aktor z wyższej ligi w ogóle będzie zainteresowany występami w serialu dla stacji, która nie jest jeszcze w telewizyjnej ekstraklasie USA? A no i jest jeszcze ona:
2. Więcej komiksowego DNA
Zdaję sobie sprawę z tego, że twórcy od początku zakładali stworzenie swojej wizji. Wzorowanej na pierwowzorze, ale mimo wszystko oryginalnej. Z tego powodu np. Ollie nie ma charakterystycznej bródki i wąsów. Szanuję wszystkie decyzje, ale przy okazji sądzę, że gdzieś jest granica przebiegająca między własną wizja, a tym, co po prostu musi się w ekranizacji pojawić. Weźmy główną postać graną przez Stephena Amella. W komiksach ma więcej luzu - o czym zresztą pisałem jakiś czas temu. Ollie jakiego znam nie chodzi z miną jakby miał kij głęboko wciśnięty w tyłek. To taka trochę bardziej wyluzowana wersja Bruce'a Wayne'a. Lubi ryzyko, a przy okazji lubi też pożartować. Ciągle liczę na to, że Amell się wyrobi i do repertuaru braku min dorzuci kilka, których jeszcze nie widzieliśmy. Podobnie jest z przeciwnikami Arrowa. Najwierniejszy pierwowzorowi był jak na razie Deathstroke:
Ilustracja: Madafaka z mieczami
Wyglądał dobrze zarówno w charakterystycznej masce, jak i w świetnie skrojonym garniturze. Udany był też Deadshot. Grany przez Michaela Rowe'a pojawiał się zdecydowanie zbyt rzadko:
Ilustracja: Podobno nigdy nie chybia
Co z resztą? Cóż. Jakby to delikatnie napisać. No nie nawilża, a przecież kilku się na ekranie przewinęło. Był Count Vertigo, Firefly, Clock King czy Cyrus Gold. Szczególnie ten ostatni znany jako Solomon Grundy nie miał zbyt wiele wspólnego ze znanym z uniwersum DC wielkoludem. Rozumiem, że nie bardzo pasował do bliższej rzeczywistości wersji prezentowanej przez serial CW, ale z drugiej strony skoro w ogóle nie pasuje, to po cholerę sięgamy po taką postać jak Grundy? Równie dobrze można z Supermana zrobić zwykłego faceta w gaciach założonych na rajstopy.
3. Większe, bardziej spójne uniwersum
Ten ostatni punkt ma szansę na realizację. W końcu stacja zdecydowała się na stworzenie serialu, którego bohaterem będzie Barry Allen. To oznacza, że realizowane w ramach jednego kanału produkcje mogą się ze sobą zazębiać. Arrow pojawił się w zwiastunie Flasha i być może nie był to jednorazowy występ:
Zwróćcie uwagę jak robi to Marvel. Łączy kolejne filmy, sprawia, że filmowe uniwersum zaczyna być podobne do tego, które przez dekady ewoluowało na kartach komiksów. Z serialami można zrobić dokładnie to samo. Oczywiście pod warunkiem, że realizuje je jedna stacja, bo to znacznie ułatwia pracę. Takie gościnne występy Flasha mogą być początkiem czegoś większego. Odpowiednie wykorzystanie atutu posiadania kilku superbohaterów może dać CW przewagę nad innymi stacjami i zachęcać np. fanów Flasha do oglądania przygód Arrowa i odwrotnie. Widzę, że scenarzyści i w ogóle cała ekipa zatrudniona przy Arrow uczy się stopniowo na błędach. Trzeba im wszak oddać to, że 2. sezon był zdecydowanie lepszy niż 1. Z tego powodu choć jestem zawiedziony to z ciekawości obejrzę i trzeci sezon. Może ktoś im przekaże to, co napisałem. A może oni już to wiedzą?
PS. Ciekawy jestem, jakie jest Wasze zdanie na temat Arrow. Dajcie znać.